Jak doprowadzić kobietę do całkowitego oszołomienia i zniewolić ją po wsze czasy, czyli o sztuce składania serwetek i naszej pracy na statku słów kilka.

Jak doprowadzić kobietę do całkowitego oszołomienia i zniewolić ją po wsze czasy, czyli o sztuce składania serwetek i naszej pracy na statku słów kilka.

No i bęc! Stało się. Nadszedł dzień w którym mieliśmy poznać naszych nowych pracodawców. Musieliśmy jeszcze tylko znaleźć jakąś głęboką rzekę, by znalazło się w niej wystarczająco dużo wody do zmycia z naszych ciał pokładów ignorancji (którą oboje zawsze sobie niezmiernie cenimy), poczucia wyższości nad wszystkimi, którzy mają czelność się nie wspinać oraz dumy powodowanej wciąż wątpliwą niezależnością… a także niewielkich zasobów brudu. I jak to śpiewa wokalistka pewnego zespołu, którego oczywiście nikt nie słuchał, nie tańczył do ich kawałków na szkolnych dyskotekach i w ogóle nie ma pojęcia co to za piosenka „(…) tak zaczęła się ta wakacyjna przygoda. On był jeszcze młody i ona była młoda” (ów aspekt młodości jest tu dość ważną kwestią, gdyż po czterech tygodniach spania po 3 godziny na dobę, owa młodość mogła zostać mocno zakwestionowana).

Nasz nowy dom na kolejne cztery tygodnie (jakoś chyba nie możemy zamieszkać w domu, który się nie przemieszcza)
fot. B. Świstowski
Biała Chmurka w starciu z barką – zostawiamy nasz domek na kółkach, który na pożegnanie smętnie mruga do nas reflektorami
fot. B. Świstowski

Nasza praca w ogromnym skrócie, który jest jednym z tych skrótów, po których utworzeniu zainteresowany stwierdza, że dokonał takiego skrótu, że właściwie w ogóle nie ruszył się z własnego podwórka, polegała na… no właściwie to na tym, że w dwójkę musieliśmy odwalić całą robotę, która normalnie wykonywana jest przez wszystkich członków załogi. Począwszy od zajęć iście majtkowych czyli szorowania pokładu, burt, samochodu a następnie prób odszorowania pozostałości tego wszystkiego z siebie, przez pomoc w kuchni, sprzątanie kajut, układanie origami z serwetek po elokwentną konwersację z gośćmi a nawet wytworne spożywanie najprawdziwszego z prawdziwych szampanów i próby powstrzymania bąbelków od uderzania do naszych głów (co w zasadzie było walką nie tyle z góry przegraną, co w samym założeniu będącą obrzydliwym wynaturzeniem, deprawacją i świętokradztwem). Prócz tego udało nam się odrestaurować komplet ogrodowych krzeseł i stół, pozbyć się rdzy z całego pokładu i inne zajęcia, które były nam rzetelnie przydzielane w czasie wolnym.

Praca taka ciężka kiedy trzeba pić szampana!
fot. B. Świstowski

I tak stałam się niekwestionowanym mistrzem serwetkowego origami, doprowadzając tym samym gości (głównie damy) do łez (mam nadzieję wzruszenia) a także paru wzdechnięć i niemalże omdleń. Moje mistrzostwo przysłużyło się także do rozpoczęcia światowej kolekcji serwetkowego origami, które pewne z dam niepostrzeżenie konfiskowały ze stołu zapewne w celu zabezpieczenia eksponatów.

serwetkowy hiteł, czyli łabendzieł na jeziorze. Panie płaczą, skomlą i mdleją
fot. R. Brockman
serwetkowy lilieł wodny
fot. C. Brockman
serwetkowy lostoseł (boszsz uchowaj, jeśli wiem czym różni się lilieł od lotoseł, ale były one dwa w książce o zwijaniu serwetek i różniły się jednym krokiem)
fot. R. Brockman
śniadaniowy różeł
fot. R. Brockman
kolacjowy zwijeł z serwetkeł
fot. B. Świstowski

Na pytanie jak rozwijają się dalsze losy światowej kolekcji odpowiem, że wciąż regularnie co tydzień są mi przesyłane zdjęcia i wspomnienia związane z przyszłymi eksponatami. W tym miejscu mogłabym pozwolić sobie na jakąś nico złośliwą i delikatnie uszczypliwą uwagę, ale na szczęście jestem osobą w zupełności pozbawioną umiejętności naigrywania się z uroczych dam.

O a tu nasz wierny korespondent donosi o nędznej próbie upodobnienia serwetek w Wersalu do moich dzieł sztuki
fot. R. Brockman

Oh, nie myślcie sobie, że Świstak nie stawał na wysokości zadania! Dzielnie zawsze zostawiał pracę nieskończoną tak, by sam jej koniec, wraz z głośnymi fanfarami, płatkami kwiatów zsypującymi się z nieba i latającymi wkoło wróżkami, nastąpił właśnie wtedy gdy wracali szanowni goście wraz z naszym dzielnym wodzem, kapitanem, szefem, powiernikiem i co najważniejsze płatnikiem w jednej osobie.

Być może takie działanie było z naszej strony nieco… z powodu mojego niezwykle ubogiego zasobu słów pozwolę sobie powiedzieć „cwane”, ale opłaciło się. Czego dowodem były napiwki równe wysokości połowy naszej pensji, zaproszenie na wczasy w USA… no i oczywiście porywająca korespondencja w sprawie składania serwetek.

Mapa

Na mapie możesz zobaczyć gdzie dzieje się "akcja" z tego wpisu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *