Siedem mórz i siedem oceanów – jak prawidłowo przeprowadzić najbardziej piracki abordaż – czyli parę dziwnych historii z pracy.

Siedem mórz i siedem oceanów – jak prawidłowo przeprowadzić najbardziej piracki abordaż – czyli parę dziwnych historii z pracy.

Zastanówcie się proszę co jest istotą bycia piratem. Czy jest to srebrny hak zamiast ręki, czy może przepaska na oku (lub niekiedy na miejscu gdzie właściwie powinno znajdować się oko, ale chwilowo bez powoływania specjalnej komisji, jednoznacznie można stwierdzić jego brak), czy może posiadanie flagi z trupią czaszką, lub kobiety w każdym porcie? Oczywiście dla każdego jądro istoty piractwa może być czym innym, jednak dla mnie (jako pirata z krwi i kości) najważniejsze jest posiadanie flagi pirackiej, jako niezaprzeczalnego dowodu tożsamości oraz umiejętność przeprowadzania abordażu.

Z abordażem wiąże się kolejny warunek, którym jest posiadanie prywatnego okrętu (koniecznie ze złowieszczymi inskrypcjami i czarnymi żaglami będącymi koniecznie w tak opłakanym stanie, by w prawdzie nie dało się z nich korzystać, ale by wywoływały odpowiednio mroczne wrażenie). Gdy jednak nie ma się prywatnego okrętu, lub jest się chwilowym rezydentem na czyimś statku można przeprowadzać także abordaż mentalny lub kulturowy. W przypadku kiedy jest się rezydentem na statku, którego kapitan zdecydowanie nie jest piratem, można dokonywać abordażu mentalnego i kulturowego ukierunkowanego na własnego kapitana. W żadnym razie nie należy tego jednak mylić z sabotażem, który jest zbyt wysublimowanym słowem i w związku z tym mógłby stanowić obrazę dla pirata. A poza tym jakby to wyglądało, gdyby mentalny, czy kulturowy pirat wyobrażał sobie, iż biegnie z hipotetycznym nożem w zębach z niezwykle złymi intencjami i krzyczy „Sabotaaaaaaaż!” Nie. Zdecydowanie, należy zostać przy abordażu.

Jako, że oboje ze Świstakiem posiadamy flagę piracką nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że jesteśmy piratami. Oczywiście moglibyśmy rozważyć pozostałe warunki uprawniające do bycia piratem, jednak perspektywa posiadania kobiety w każdym porcie nieco nas zaniepokoiła i postanowiliśmy pozostać przy dobrym, starym abordażu. I tak pracując na barce co chwilę spotykaliśmy jego kolejne przejawy.

Świstak przygotowuje się do abordażu
fot. A. Maziarz

Abordaż, jak to w zwykle w życiu bywa nie zawsze jest zamierzony. Zwłaszcza ten kulturowy czy też kulturalny. Często bywa też tak, że staje się on abordażem niezbyt kulturalnym. I choć dla pirata może być powodem do dumy może sprawić mu też nico kłopotów.

Z braku zdjęć z głupich sytuacji postanowiłam umilić Wam lekturę zdjęciami z rejsu po Paryżu. Tu akurat nacieramy na jakiś zapomniany, nieistotny i malutki kościółek, co może uchodzić za pewnego rodzaju potencjalny abordaż
fot. A. Filimowska
fot. A. Filimowska

Tak też się stało, gdy pracując i zachwycając swoją pracowitością postanowiłam pozbyć się odbarwień i nacieków z wiaderek w których podawaliśmy szampana. Znalazłszy środek czystości na którym widniała ilustracja czegoś tam srebrnego zaczęłam szorować. I wyszorowałam przepiękną dziurę w srebrnej farbce, która była tak miła i łaskawie pokrywała aluminiowe wnętrze wiaderka. Dumna ze swego niezamierzonego abordażu, poczęłam myśleć o poważnych konsekwencjach, które mogą mnie za to spotkać. Postanowiłam więc, że należy przeprowadzić kolejny poziom abordażu – czyli abordaż mentalny i udawać, że nic się nie stało aż do momentu, kiedy poszkodowany również uzna, że nic się nie stało. Jednak takie działanie niesie ze sobą możliwość, że poszkodowany nigdy nie uzna, że nic się nie stało co w konsekwencji może prowadzić do porządnego uszczerbienia wypłaty pirata. Postanowiłam więc przeprowadzić pierwszy stopień abordażu do samego końca i zszorowałam srebrną farbkę z całego wiaderka. W efekcie okazało się że jest nieco mniej srebrne, mniej błyszczące, ogólnie wygląda jak harcerska menażka świeżo zdjęta z ogniska wokół którego śpiewają uradowane dzieci i zdecydowanie wyróżnia się spośród innych wiaderek do szampana. Co było robić? Wedle odwiecznej zasady unifikacji, głoszącej, że jeśli wszedłeś między wrony musisz krakać jak i one postanowiłam nieco zmienić sposób krakania wron i zszorowałam farbkę ze wszystkich pozostałych wiaderek. I tak żona kapitana była zachwycona, że tak ciężko pracuję, abordaż został przeprowadzony na całej linii… wiaderek, a wszyscy byli tak łaskawi, że wykazali się ignorancją i nawet nie zauważyli, że pojawił się zupełnie nowy zestaw wiaderek do szampana.

fot. A. FIlimowska

Innym abordażem będącym abordażem samym w sobie i nie wymagającym żadnych dodatkowych działań był fakt, że na statku jedzono kiełbasę z grilla z keczupem z pozłacanych talerzy wycierając przy tym usta w dzieło sztuki, czyli mojego serwetkowego łabędzia…

fot. A. Filimowska
fot. A. Filimowska

Jak widać abordaż nie zawsze przeprowadzany jest przez prawdziwych piratów… Świetnym tego dowodem jest żona kapitana, która co dziennie dokonywała zdradzieckich i występnych czynów kiedy odpakowywała dania lub półprodukty zakupione w supermarkecie i kładła je na talerze, a następnie opowiadała ile pracy i sekretnych składników trzeba włożyć w taką dajmy na to lazanię, lub tej domowej roboty sos firmy Carrefour, którego tajemnica przekazywana jest w jej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Nie dziwie się jej też bym tak robiła, gdyby Świstak cały dzień sterował łajbą a ja miałabym siedzieć w kuchni – jak dla mnie Ms. B. zdobyła 100 pkt. dla Gryfindoru i odznakę dzielnego abordażysty.

fot. A. Filimowska
fot. A. Filimowska

Niestety pomimo mojego uznania dla Ms. B. musiałam odjąć Gryfindorowi 50 pkt. za stwierdzenie, że Chopin był wybitnym francuskim kompozytorem, a jego twórczości jest „typową francuską muzyką klasyczną”. Nie żebym myślała że była to próba jakiegoś tam kulturowego abordażu, ale nagle nuty układające się w mazurkowe inspiracje zaczęły we mnie wzbudzać tiki nerwowe a także schowane gdzież bardzo, bardzo głęboko pokłady świętego, patriotycznego oburzenia. Owo oburzenie mogło zostać ugaszone jedynie wewnętrzną refleksją, że delikwent który klasyfikuje muzykę poprzez skonstatowanie iż szampan, który właśnie pije nazywa się tak jak nazwisko kompozytora, który tą muzykę tworzy, a więc kompozytor ten musiał być kompozytorem francuskim piszącym typową muzykę francuską, bo przecież szampan pochodzi z Francji, jest wysłannikiem piekieł i w związku z tym należy zaniechać wszelkich działań mających na celu odwiedzenie tegoż delikwenta od owego przekonania, gdyż w efekcie mogłoby to prowadzić do spowolnienia rozszerzania się zła we wszechświecie (tu należy zacząć złowieszczo chichotać).

fot. A. Filimowska
fot. A. Filimowska
fot. A. Filimowska

Ale nie myślcie sobie, że w czasie naszych czterech tygodni pracy miały miały miejsce jedynie mentalne i kulturowe abordaże. Dokonany został najprawdziwszy abordaż! Łącznie z wtargnięciem na statek, próbą wdarcia się do środka, awanturą i panem, który w prawdzie nie miał haka, ale nie miał też dłoni, więc precyzyjnie rzecz ujmując miał wszelkie przesłanki do tego by ten hak na brak ręki założyć i stać się najprawdziwszym piratem dokonującym abordażu zwłaszcza, że był także właścicielem jakiegoś tam statku. A w tym wszystkim ja.

fot. A. Filimowska
fot. A. Filimowska

Cała sprawa zaczęła się od tego, że kapitan z żoną i pierwszym turnusem gości poszedł na kolację do restauracji uprzednio zaparkowawszy łódkę na miejscu kogoś innego, bo kto mu zabroni stać najbliżej wyjścia w paryskim porcie. Świstak natomiast wybrał się na drugi koniec Paryża metrem by odebrać samochód, którym przewoziliśmy gości. A ja zostałam by pilnować dobytku i pirackich skarbów czyli poczytać sobie trochę w spokoju jakąś książkę. No i jak to zwykle bywa w takich sytuacjach po chwili coś się musiało stać. I tak za chwilkę dobiegło mnie łomotanie do okna, a także odgłosy świadczące o próbie wyważenia drzwi. Nie będę udawać, że z zimną krwią wyszłam na pokład w celu uzgodnienia źródła hałasu, ale udało mi się jakoś wyjść.

fot. A. Filimowska
fot. A. Filimowska

Wdzięczna swoim rodzicom za lata edukacji lingwistycznej zaczęłam krzyczeć na przemian po angielsku i francusku na dwóch mężczyzn, łażących po pokładzie. Doprawdy nie wiem czy oni się zdziwili, że są okrzykiwani, ale ja byłam niezwykle zaskoczona tym, że tak o sobie krzyczę na potencjalnych włamywaczy jak gdyby byli niegrzecznymi chłopcami, którzy właśnie zrabowali kawałek szarlotki, chłodzącej się na parapecie. Okazało się, że właściciel wielkiego jachtu (to ten bez dłoni, który na pewno, gdy nikt go nie widzi zakłada hak i przebiera się za pirata) oraz jego kapitan chcą zacumować na swoim miejscu, jednak nasza barka wyraźnie im to uniemożliwia. Pomimo eleganckiego wyglądu panom jednak brakowało tego, co powszechnienie uznawane jest za eleganckie obycie i kulturę osobistą świadczyły o tym między innymi groźby odwiązania statku i puszczenia go wolno na kanał. Punktem kulminacyjnym okazało się jednak żądanie właściciela jachtu, żebym natychmiast przeparkowała barkę w inne miejsce. Było to jednak tak absurdalne stwierdzenie, że nawet się nie zmartwiłam a jedynie wybuchłam śmiechem, gdyż poziom abstrakcji sięgnął zenitu.

fot. A. Filimowska

Widząc, że mam do czynienia z osobnikami, którzy zapewne uważają się za dżentelmenów postanowiłam im uświadomić iż w istocie nimi nie są. Spokojnym, acz wciąż karcącym tonem wyjaśniłam im, że nie tak rozmawia się z damą (w końcu znajdowałam się na niebylejakim statku, a oni wcale nie musieli się dowiedzieć, że jestem tam kelnerką, prócz tego wciąż wierzę, że gdzieś tam w środku wciąż drzemie we mnie dama). Spotkawszy się z takim traktowaniem przez „plebs” (chyba się jednak zorientowali, że jestem kelnerką) panowie kompletnie zbaranieli i zaniemówili. Karcąc ich wciąż wzrokiem i grożąc palcem kazałam im wyjaśnić całą sytuację a następnie kategorycznie zażądałam przeprosin. W efekcie panowie chyba wczuli się w rolę, którą im nadałam i uspokoili się jak dzieci którym grozi się postawieniem do kąta (wyjąwszy moją młodszą siostrę, która lubiła stać w kącie).

fot. A. Filimowska

Kiedy zeszłam pod pokład panowie próbowali jeszcze odwiązać wszystkie liny cumujące i przeholować łódkę jednak zaniechali tego gdy wynurzyłam się z kajuty grożąc im palcem. A czy wspomniałam, że dzwoniłam do naszego kapitana w tej sprawie? No więc dzwoniłam, a kapitan radośnie stwierdził, że są dopiero przy przystawce i przyjdą po kolacji.

fot. A. Filimowska

Bezręki kapitan, skrzętnie przeze mnie ignorowany w każdej nadarzającej się sytuacji w dniach kolejnych próbował się wytłumaczyć i przeprosić.

Zadziwiające jaki efekt można uzyskać gdy z powodu nadmiernej ilości abstrakcji mieszczącej się w jednej jednostce czasu, człowiek nie wierzy, że dana sytuacja dzieje się naprawdę.

fot. A. Filimowska

Jak widać każdy pirat, który dokonuje abordażu może stać się również obiektem abordażowanym.

Spośród tych wszystkich wymienionych abordaży nic jednak nie może się równać z poziomem zła, które uzyskiwaliśmy ze Świstakiem używając wspólnego noża do masła w celu posmarowania chleba, a nie jak przykazał kapitan używać go jedynie w celu nałożenia masła z talerza z masłem na specjalny prywatny talerzyk na masło, z którego następnie należało go zeskrobać swoim prywatnym nożem do masła. Obchodząc umyślnie parę maślanych kroków i przyspieszając tym samym proces namaszczenia chleba doszliśmy do perfekcji w niekulturalnym, acz subtelnym abordażu!

fot. A. Filimowska

Mapa

Na mapie możesz zobaczyć gdzie dzieje się "akcja" z tego wpisu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *