Nieszczęścia chodzą parami. A w naszym przypadku całymi stadami

Nieszczęścia chodzą parami. A w naszym przypadku całymi stadami

Tak, to niestety prawda. Jak coś się już dzieje to dzieje się na całego. Oczywiście nigdy nie ma tego złego co by tak naprawdę nie wyszło na dobre, ale fajnie sobie czasem ponarzekać no nie?

Wszystko zaczęło się od Marchewy (tak, tak to ten koci rudzielec, którego przygarnęliśmy w Fontainbleau). Otóż po tym jak ta ruda małpa skradła moje i świstacze serce i zdecydowała się z nami podróżować dalej, pojawił się problem – nie mogliśmy już łapać autostopa do Polski w celu powrotu na wesele przyjaciół, tak jak z początku planowaliśmy. Latem pewnie pokusilibyśmy się na taką przygodę ale przy 0 stopni w nocy perspektywa łapania stopa z kotem i kuwetą nieco nas odstraszyła. Co było robić? Zapakowaliśmy się więc do naszej Chmurki i ruszyliśmy do Polski szastając przy okazji euraczami na prawo i lewo przy każdym dystrybutorze paliwa. Nasz parodniowy pobyt w Polsce trochę się przeciągnął, bo musieliśmy oddać wspinaczkowe sofiksy do naprawy, a wierzcie mi było co naprawiać. Nie dziwi więc fakt, że załamani próby sklejenia tego co już jest niesklejalne zajęły nico czasu. No i można byłoby się w Polsce powspinać, no ale pogoda taka słaba, że co najwyżej można zorganizować konkurs zjazdu tyłkiem po błocie. Zresztą trochę nam się już w głowach poprzewracało przez ten cały nasz wyjazd i uznaliśmy że, wspinanie raz na tydzień to nie wspinanie.

W Polsce nie próżnujemy – świąteczne pierniczki a muerte
fot. A. FIlimowska

W końcu jednak nadszedł ten dzień i wjechaliśmy. No i tak jechaliśmy i jechaliśmy. Jeden dzień i drugi dzień i trzeci…. a nie trzeciego dnia, 300 km od granicy z Hiszpanią padł nam samochód. Owszem już parę godzin wcześniej pojawiła się kontrolka akumulatora, ale umówmy się – w samochodach ciągle pojawiają się jakieś kontrolki i na brodę Abrahama, kto by się nimi przejmował?! Zwłaszcza, że w naszym samochodzie mamy dodatkowy akumulator pokładowy więc mógł się rozłączyć albo coś tam, czy coś tam, bla, bla, bla techniczna gadka. Tak czy siak udało nam się tylko zjechać na pobocze między Niczym a Większym Niczym gdzieś tam we Francji. Co było robić? Chwilę powpadaliśmy w panikę i pozałamywaliśmy się jacy to jesteśmy biedni, ja oczywiście pogadałam z Tatą że wszystko nie ma sensu i jak zwykle po takiej rozmowie wszystkie troski odeszły precz (jak to się dzieje, że Tatowie mają taką moc?). Otworzyliśmy więc sobie browara, zaczęliśmy słuchać jak nasz zezowaty kot chrapie przez sen i stwierdziliśmy że pomartwimy się następnego dnia.

W nocy prawie zamarzliśmy, ale przynajmniej rano na szybkach mieliśmy śliczne kwiaty mrozu
fot. A. Filimowska

A następnego dnia pierwszy mechanik do którego zajechaliśmy zażyczył sobie 450 euro za używany, zregenerowany alternator (w Polsce jest to koszt ok 300 zł) i 120 euro za 1,5 h roboty. Jakoś doczłapaliśmy samochodem na darmowy parking dla kamperów w pobliskiej miejscowości i postanowiliśmy zaczekać co też życie nam przyniesie. No to tak: w najbliższych dniach życie przyniosło nam parę niezłych rad od Tomka z Draait’u co to może się dziać z naszym alternatorem, jak go sprawdzić i jak spróbować samemu go naprawić, a także superowe znajomości z okolicznymi bezdomnymi, trochę bezdomnymi a trochę domnymi i domnymi bezrobotnymi. Wszyscy oczywiście chcieli nam pomóc. Prócz tańczącego francuskiego towarzystwa, które miało jechać na pogrzeb do Paryża, ale z powodu awarii samochodu postanowili zostać na parkingu i zrobić sobie imprezkę poznaliśmy jeszcze dwóch Polaków, którzy od lat mieszkają w tym miasteczku. Od razu zaprosili nas na prysznic zaznaczając, że bynajmniej nic nie sugerują. Przy okazji zostaliśmy obdarowani piórkami, obrazkami, rękodziełem ludowym, adresami i wspomnieniami a także dużą ilością piwa.

Jakby ktoś miał wątpliwości co do pogody za oknem ;p
fot. B. Świstowski
fot. B. Świstowski

I tak siedzielibyśmy sobie na tym parkingu pewnie aż do śmierci (która zapewne nastąpiła by prędko bo w nocy dochodziło do ok -10 stopni), gdyby nie to że zupełnie pechowo udało nam się znaleźć używany alternator za 1/3 kwoty proponowanej przez pierwszego mechanika. No i co my biedaki mieliśmy w tej sytuacji zrobić? Zamontowaliśmy sami alternator, ze smutkiem opuściliśmy nasz ukochany parking i z ciężkimi sercami powlekliśmy się do Hiszpanii… Wcale nie skakaliśmy z radości, że uciekamy z zimna i jedziemy do ciepła się wspinać. Wcale.
Naprawdę wcale.

Spoko, wciąż żyjemy
fot. B. Świstowski

I oczywiście są dobre strony tych zdarzeń, bo pobyliśmy dłużej z rodziną i przyjaciółmi w Polsce, bo mamy super naprawione buty wspinaczkowe, bo nauczyliśmy się wielu nowych rzeczy o naszym samochodzie i takich tam bajerach, bo poznaliśmy ludzi, których normalnie pewnie nie mielibyśmy okazji poznać, no i przekonaliśmy się, że jesteśmy niezłymi twardzielami tak żyć w samochodzie jak jest zimno i w ogóle… Ale jak już mówiłam fajnie sobie czasem ponarzekć ;p

A na dobitkę macie tu piękną pieśń, którą ciupaliśmy na rozgrzanie 😉

No, to nara!

Mapa

Na mapie możesz zobaczyć gdzie dzieje się "akcja" z tego wpisu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *