Wlazł kotek na płotek i nie mruga. A może mruga? Ciężko stwierdzić bo ma zeza

Wlazł kotek na płotek i nie mruga. A może mruga? Ciężko stwierdzić bo ma zeza

Już parę razy w różnych artykułach wspominałam o Marchewie – kocie, którego przygarnęliśmy w Fontainebleau. Czas, żeby nieco dokładniej przybliżyć Wam nowego członka naszej wyprawy. A no i parę osób wciąż się dziwi – jak to kot? I jak chcecie z nim podróżować? A no tak, może i nie chcemy, ale musimy bo ten kot nas zaadoptował i nie pozostawił nam żadnego wyboru.

fot. J. Mac Leod

Ta historia, jak każdy romantyczny wyciskacz łez zaczyna się dość banalnie. Na parkingu na którym mieszkaliśmy w Bleau często pojawiał się kotek. Rudy, mały straszliwie chudy. Był tak chudy, że wyglądał jak koci szkielet przykryty płomiennym futerkiem. Oczywiście zaczęłam go dokarmiać, no bo takie biedne zwierzę i zima idze, no niech sobie biedulek poje i nabierze nieco ciałka na zimę, chudzinka taka, a noce coraz chłodniejsze… Z początku dostawał wszystko to co zostawało po nas, ale po paru dniach miał już swoją miskę zrobioną z kubka po jogurcie i wielką torbę kocich chrupek. No bo jak to? Przecież kotek nie wyżyje na chlebie z masłem! No i raz widziałam jak jacyś ludzie przepędzali go od swojego stołu niech ich piekło pochłonie, to niech sobie biedulek zje parę chrupeczek, bo taki jest nieszczęsliwy, i nikt go nie kocha. I tak po dwóch tygodniach koteł nabrał gabarytów i zaczął wyglądć jak na żywe stworzenie przystało. Zaczął też czuć się zupełnie swobodnie na naszych kolanach i łóżkach (naszych i naszych ziomków z parkingu). Oczywiście wcale nie byłam zazdrosna o te inne kolana i łóżka. Wcale.

Marchewa gościnnie w łóżku Simona
fot. S. Leupi

Od stałego mieszkańca naszego parkingu dowiedzieliśmy się, że kota prawdopodobnie ktoś porzucił jakiś miesiąc przed naszym przyjazdem. I szczerze mówiąc naprawdę sprawiał wrażenie porzuconego domowego pieszczocha. Za nic w świecie nie mógł sobie poradzić ze złapaniem czegokolwiek, nie mówiąc już o polowaniu, a kiedy podejmował dramatyczne próby oddania skoku plątały mu się łapki (jakiś czas później moja siostra Nina odkryła prawdopodobną przyczynę – koteł ma zeza. Nie żeby jakiegoś dużego, tak tylko posiada zdolność patrzenia na dwoje ludzi naraz. Co oczywiście tylko dowodzi jego czujności i przebiegłości). Świetnie za to odnajdował się w towarzystwie człowieka i łaknął naszej każdej chwili z nami spędzonej (lub z pełną miską).

Życie na parkingu się toczy. Marchewa też powoli zaczyna się już toczyć
fot. S. Leupi

Koteł dostał nawet imię – Kapitan Marchewa – gdyż swoim zachowaniem i charakterem do złudzenia przypominał bohatera ze Świata Dysku Terrego Prachet’a.

fot. J. Mac Leod

No i tak sobie żyliśmy z Marchewą na parkingu w Fontainebleau. Ale gdzieś tam w środku, w Ani wiedziałam, że nadejdzie taki dzień, w którym będziemy musieli wyjechać. A przecież ciężko tak zostawić stworzonko, które już się przywiązało do człowieka (wcale to nie tak, że człowiek też się przywiązał do tej małej łajzy). I wtedy do akcji wkroczyło Przeznaczenie. Nie tak, żeby zapukało delikatnie, zasugerowało to i tamto, o nie. Weszło z kopa, nie pukając i postawiło nas przed faktem dokonanym.

Pewnego popołudnia szliśmy sobie po mieście Fontainebleau, aż tu nagle na ulicy leży… transporter dla kota. Taki o, se tak leży porzucony wśród innych śmieci. Potem gdzieś tam przy innej ulicy udało mi się wygrzebać miseczkę i nawet, uwaga, uwaga…. malutki bukiecik sztucznych kwiatków w malutkiej doniczce, idealny, żeby Marchewa mógł się poczuć jak na kolacji w eleganckiej restauracji dla kotów. Być może było to przeznaczenie, a być może początki poważnej psychozy… Tak czy siak, Marchewa był zachwycony. No może sztuczne kwiatki mu nieco przeszkadzały. A no i transporter dla kota, który miał pełnić funkcję schronienienia na czas, kiedy jechaliśmy na wspin, a kot zostawał na parkingu, okazał się być dużą kuwetą z pokrywką, ale to jest nieistotny szczegół i to było przeznaczenie, jasne?

O taki jestem biedny i porzucony!
fot. B. Świstowski

Nieco później zastanawialiśmy się czy Marchewa przeżyje zimę w lesie. Co będzie dla niego lepsze – życie w znajomym lesie i zamarznięcie na śmierć ewanrualnie śmierć głodowa, czy podróżowanie i śmierć ze stresu. Takie przemyślenia okazały się jednak bezcelowe, gdyż koteł po prostu się do nas wprowadził i tym samym poinformował nas że właśnie zostaliśmy przez niego adoptowani jako jego prywatni ludzie na wyłączność, a no i że teraz możemy mu być wierni na zawsze.

Marchewa wie co to czil
fot. S. Leupi

O powrocie autostopem na ślub przyjaciół w Polsce z kotem i kuwetą nie było mowy. Na parkingu nie zostawał nikt, kto pod naszą nieobecność mógłby opiekować się Marchewą, dlatego spakowaliśmy się i wróciliśmy z kotem na krótką przerwę do Polski.

Wciąż jednak nie wyobrażaliśmy sobie jak mielibyśmy podróżować i wspinać się z kotem. Po cichu mieliśmy więc nadzieję, że może Marchewa polubi moich rodziców i ich kota, albo któregoś z najbliższych przyjaciół, a oni odwzajemnią jego uczucie. Jednak cały plan legł w gruzach tak ogromnych jak gdyby Godzilla poprzechadzała się po nim w tę i z powrotem podczas popołudniowej przechadzki po Tokio. Marchewa postanowił nam pokazać, że nie ma od niego ucieczki i będać „w gościach” u moich rodziców skrupulatnie ignorował wszystkich domowników ostentacyjnie afiszując się z atencją tylko względem mnie i Świstaka (no dobra, może jeszcze czasem względem mojej Mamy, ale tylko kiedy gotowała obiad).

Marchewa w swojej specjalnej 5-o gwiazdkowej kuwecie do spania
fot. S. Leupi
A kiedy kuweta do spania zmieniła się w po prostu kuwetę Marchewa postanowił dalej w niej spać
fot. A. Filimowska
Marchewa postawił wyraźną granicę – z przyjaźni nic nie wyjdzie
fot. B. Świstowski

No i został.

Ma zeza, za długie kły, który wystają mu z paszczy i sprawiają że ciągle się ślini. Ma krzywą przegrodę w nosie i ciagle chrapie jak Predator w upalną noc w Amazonii. Na dodatek z 2-uch kg kotka zrobiło się 7,5 kg kocura. A no i jest trochę walnięty i lubi się tarzać w brudnej ziemi i piachu (co być może dowodzi jego znajomości kręgu kultury zachodnio-europejskiej, gdyż ma świadomość, że i tak w proch się obróci). Ale chyba to wszystko sprawia, że tym bardziej go… no wiecie… nooo…nie, nie będę się tu roztkliwiać i pisać, że kocham mojego kocurka, bo jest taki słodziutki i mądry i niu-niu-niuu… więc… my… po prostu… bardziej go akceptujemy i odczuwamy emocjonalne uzależnienie od jego obecności oraz niemożność imaginacji wiedzenia żywotu bez niego. Żywot taki z pewnością byłby marny. Ale o tym, na całe szczęście, już się nie przekonamy.

Kapitan Marchewa w Margalefie
fot. B. Świstowski
fot. B. Świstowski

No, to nara!

Mapa

Na mapie możesz zobaczyć gdzie dzieje się "akcja" z tego wpisu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *